niedziela, 24 listopada 2013

Nerja - Marbella (DZIEN 13)


Przepraszamy za brak polskich liter (wloski komputer :) ).













Budzac sie na plazy pierwsza misja jest przeprowadzenie eksploringu wybrzeza i podwodzia, tak wiec 13. dzien naszej podrozy rozpoczelismy od nurkowania z rybkami (i calkiem sporymi rybami). Zwierzaki wcale sie nie baly tylko leniwie unosily sie razem z woda. Kladac sie na brzuszku unosi sie i opada tak samo jak one. Niestety aparatu podwonego brak, wiec pasiaste i inne rybki probowalismy jakos takos obfocic innymi sposobami. Następnie oboje z osobna i wspólnie udaliśmy się na exploring fajnych pobliskich skał, i jaskiń. Pozbieraliśmy muszelki, kamyczki itd.





 Na tej samej plazy pewien york olal wlasciciela i zaczal sie z nami bawic, chociaz (przynajmniej polowa z nas) niespecjalnie chciala sie bawic z nim wyznajac zasade, ze yorki sa zdecyowanie za male jak na psa (jestem delikatna). W kazdym razie puszczalismy kaczuchy, a york zachowywal sie jakby chcial polknac kamien :)


























Agata marudzi, bo jest glodna :p wiec pakujemy sie i idziemy droga do nastepnej miejscowosci na zasadzie "market napewno bedzie za zakretem, albo za to wieza" :) Przy wyjściu z plaży mijamy jeszcze żywo zainteresowane nami osiołko-kuco-mamuty, oraz kawałek dalej w przydrożnej (drogiej!) knajpce pozującą do zdjęć fashion papugę :)  Agatka gdy przechodzimy obok 56 pięknej plaży mówi pamiętne i mocno później w cięższych chwilach wypominane jej zdanie. "łeeee kiepska ta plaża nasza była lepsza " :P Zauwazamy jakas cwana ose, ktora wrzuca mrowkom kamienie do gniazd, a gdy wychodza naprawic - zjada je :) Kupujemy owoc zagadke i kilka innych rzeczy i jemy sniadanko przy markecie Aldi. Potem idziemy, dziemy i dziemy( dziemy dziemy dziemy dziemy :P) ("przy tym rondzie na horyzoncie oo tam bedzie lepiej!") i lapiemy przy rondzie przy wjezdzie na autostrade.








































STOP 15. Les Flores -> Malaga lotnisko (by Vw Turan)
Para Holendrow, ktorzy mieszkaja w Hiszpanii od 10 lat. Na poczatku prowadzili knajpke, ale twierdza, ze to niewypal i teraz zajmuja sie wynajmowaniem domow i apartamentow nad morzem. Na pytanie: dlaczego Hiszpania? Odpowiadaja: Bo nie lubimy Holandii i tam jest zimno. Jada po jej mame na lotnisko. On kiedys jezdzil stopem. Sa otwarci, ale bardzo zdziwieni, ze spotkali normalnych Polakow... Zapraszaja do swoich domkow. Rozmawiamy tez o tym, ze teraz jest dobry moment na kupowanie nieruchomosci w Hiszpanii. Na lotnisku fota. Ona biegnie do mamy, jemu zostawiamy adres i zegnamy sie :)

(to tylko takie wtrącenie ...WRÓCILIŚMY ( więc już będą polskie litery :P))



Wychodzimy z lotniska, Agatka stwierdza, że tu już kiedyś była, ale takich stwierdzeń było więcej więc zrzucamy to na omamy i idziemy dalej :) Wszystko ładnie pięknie, ale jesteśmy dosyć znaczny kawałek od miasta w którym nie chcemy zostać na noc, słoneczko zaszło, a rozbić możemy się tu tylko na pasie startowym czekając aż coś na nas wyląduje :) Ucieszeni tą rozkoszną wizją udaliśmy się poboczem ruchliwej drogi do zjazdu na jeszcze ruchliwszą :) Zapadł zmrok, my wyciągamy kartkę i łapiemy dalej :) Szanse mamy hehehe wielkie ;) Aż dziadek uroczo oparty o barierkę pobliskiego wiaduktu uśmiecha się na nasz widok i popija piwko. Jednak po pewnym czasie ulega znudzeniu i sobie idzie :) I ku naszemu zaskoczeniu, ale i radości zatrzymuje się...

STOP 16. Malaga lotnisko -> Marbella (by Nissan Juke)

Zatrzymuje się Chinko-Brytyjko-facet, który jest kobietą ;) Mówiła płynnie po ang, bo pracuje w BP, jako koordynator czegoś tam i właśnie wracała z podróży, ciamkała, siorbała na maxa Coka Colę z McDonalda, rozmawialiśmy z nią o podróżach, o jej życiu, o tym jakie jedzenie lubi (chińskie), Skun z tylnej kanapy nie był pewien czy jedziemy z facetem czy kobietą:) Ale generalnie było sympatycznie. Prowadziła szybko i pewnie, aż do Marbelle, gdzie mieszkała i tam też wysadziła nas przy restauracji chińskiej. Jako, że Skun siedział z tyłu z plecakami skwitował, że Nissan Juke to debilnie zaprojektowane auto :)

MARBELLA
Docieramy na jedno z głównych skrzyżowań miasta, przy wspomnianej restauracji chińskiej ;) Chwilę myślimy,czy udać się tam na spożycie kilku dań z kota, jednak odpuszczamy i idziemy w stronę plaży, miasto sprawia zupełnie inne wrażenie niż choćby Nerja, trudno to określić, ale jest dużo bardziej formalne, uporządkowane i regularne. Dochodzimy do plaży uliczką wciśniętą między biurowiec i hotel, owy hotel ma własną plażę o powierzchni 2x2m i zastawionej zyliardem leżaków. Obadując mapę na naszym smartfołnie udaliśmy się na cypel oznaczony jako plaża, w rzeczywistości był plażą z betonu i głazów czyli falochronem :)
Zgodnie stwierdziliśmy, że to nie to :)


I udaliśmy się w kolejne obrane za pomocą mapy miejsce, dodam tylko że tym razem były to już tylko kamienie, a nie plaża :) Mijając port rybacki Skun chce się rozbić na dachach garaży, Agatka kręci nosem i nie koniecznie od zapachu pobliskiej przetwórni zawartości kutrów na zawartość konserw :) Tak czy inaczej za portem rybackim, zaraz po przekroczeniu śmierdzącej rzeczki oraz "stawu" składającego się z resztek ryb, resztek mew, resztek resztek :) trafiliśmy na plażę, dosyć szeroką i rozległą, ale nie za piękną :) Intrygowały nas kontenery z gruzem na plaży w ilości znacznej (gruzu i kontenerów:P), oraz dziwna konstrukcja na wodzie. Jak ktoś ma pojęcie co to to prosimy o info. Skun starał się to obfotografować na długim czasie, bo wzrok nie ten :P Rozbiliśmy się na falochronie przytulając się do ściany oddzielającej nas od portu rybackiego i poszliśmy lulu przy szumie fal.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz