sobota, 4 stycznia 2014

Marbella - Gibraltar - Tarifa (DZIEŃ 14)







Poranek zaczął się leniwie niczym Leniwiec z Epiki Lodowcowej, my podobnie jak on spaliśmy na skałach, a właściwie na falochronie. Rano naszym oczom ukazała się plaża, która co zaskakujące wyglądała lepiej niż się tego spodziewaliśmy. Skun poszedł pobiegać w promieniach porannego słońca, a Agatka leżakowała:). Kolejnym zaskoczeniem na owej plaży była duża ilość dosyć znacznych rozmiarów muszli :) Podobnie jak prawie każdego dnia, którego dane nam było spać na plażach Agatka dostała zestaw śniadaniowy do łapek. 

Zestaw śniadaniowy: Muszle, muszle, muszle...i wszystko inne co udało się zebrać, a wydawało się ciekawe :)








Po wybudzeniu śpiocha, tenże śpioch sam udał się na przeczesywanie piachu. Skun natomiast zaczął się golić, i golił się i golił i golił, a maszynka się zapychała i zapychała :) Tu na ratunek przyszła Agatka. Co 4 ręce to nie osiem jak to mawiają górale. ;) Po ponad godzinnym goleniu, szybko się poskładaliśmy, przy okazji uszkadzając kolejne fragmenty stelażu namiotu. Opuściliśmy plaże, którą to upodobały sobie wspomniane w poprzednim poście mewy. 




Strasznie burczało nam w brzuchach, tym bardziej, że przechodziliśmy obok chińczyka wskazanego nam poprzedniego wieczoru. Na złość ten jednak postanowił być zamknięty, a my z cieknącą po policzkach śliną udaliśmy się dalej. Idąc główną ulicą miejscowości Marbella. Czy jest to ładne miasto? Hmm trudno określić na pewno brakuje mu uroku, czuć wielkomiejski charakter choć nie jest ono wcale takie wielkie, widać doskonale, że są tam wielkie pieniądze. Dużo drogich aut, szklanych budynków i sklepów, gdzie skarpetki mają równowartość naszego budżetu na 2 tygodnie. Mnie osobiście to miasto nie porwało.


Dobrze dosyć tych nie obiektywnych jęków. Poszliśmy dalej trafiając do całkiem fajnego parku, z jeszcze fajniejszymi ławkami wykonanymi z ręcznie malowanych kafelek. A florę parku stanowiły piękne pomarańczowe kwiatki, które jak to Agatka stwierdziła w Polsce kosztują majątek, tak że jeżeli ktoś ma ochotę na rozkręcenie "kwiaciarnianego" biznesu ten park może stanowić niezły punkt zaopatrzenia :)


Jako, że rodzice Skuna zajmują się oprawą obrazów po drodze nie mógł przegapić i nie uwiecznić hiszpańskiego przybytku z tej właśnie branży. Pędziliśmy dalej wypatrując tabliczek z nazwami marketu, których było dosyć sporo, jeden tylko szczegół de motywował - dopisek "ze 150km" :P Swoją drogą ciekawy zwyczaj informować w jednym mieście, że jadąc autem i mijając 4 miejscowości po drodze dotrzecie w końcu do piątego miasta, gdzie będziecie mogli kupić kalafiora :P








Agatka (co też ciekawe) jak jest głodna mówi, myśli tyyylko o jedzeniu przez co jej burczenie w brzuchu i wszystkich obecnych równie głodnych osób włącza alarmy w okolicznych autach. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło bo docieramy do marketu, co więcej zjemy pod pięknymi drzewkami obsypującymi nas różowymi kwiatami. Do marketu udaje się Skun, kupując coś na śniadanie....jeemy :) Udzielając w międzyczasie pani wskazówek jak dojść do pralni. Po posiłku trochę nadrabiamy drogi, ale trochę delikatniej pod górkę (zamiast ostro) wychodzimy na rondo przy autostradzie. Temperatura to ponad 30st. więc zimno nie jest :) 



Samo rondo zasługuje na dodatkowy opis, jeżeli ktoś słyszał że w Indiach na drogach panuje chaos to właśnie tam odkryliśmy Indie na hiszpańskim wybrzeżu :) 99% aut jest poobijanych, obrysowanych itd jeżdżą jak chcą, 0 reguł :) Dodatkowo ruch jest wzmożony bo, nie dość, że obok znajduję się dworzec autobusowy to i szkoła. By zapanować nad chaosem pojawia się policjant, ale sam nie wiem czy mu się to udało, czy wręcz odwrotnie. Nie ma to jednak większego znaczenia bo po chwili podjeżdżają jego kumple i po ciężkiej pracy (gdzieś tak 5min) udaje się na zasłużoną sieste :)  Łapiemy, łapiemy i łapiemy...i złapaliśmy....gościa w Smarcie :P , który zatrzymał się tylko i wyłącznie po to by się uśmiechnąć i przeprosić nas za to, że ma Smarta :) Też współczujemy i pozdrawiamy.


STOP 17. Marbella -> okolice San Roque (by VW Passat combi)



Bingo w końcu! Zatrzymuje się młoda hiszpanka blokując cały ruch wjazdowy na autostradę, ale co tam my jesteśmy wdzięczni, a zresztą niedaleko pada Passat od tego ronda :P Okazuje się, że wraca od dermatologa, wykorzystując czas podczas siesty. Pani lekarka podobno jest Rosjanką i potrafi zdziałać cuda z twarzą :) Mówi płynnie po angielsku i tu znów przewija się temat rosyjskiej i włoskiej mafii w Marbella. Opowiada, że kilka razy podróżowała stopem jednak raczej na krótszych odcinkach. Urodziła się i mieszkała w Barcelonie, jednak wybrała spokojniejsze miejsce do życia, fale, wiatr i słońce Tarify. Ciekawe czy miało to związek z dosyć znacznym stężeniem przystojnych surferów właśnie tam. :P Mówi nam także, że prowadzi mały sklepik na starym mieście. My zastanawiamy się czy udać się z nią bo nasz plan na dziś w sumie zakładał dostanie się na Tarife, a długie łapanie stopa na rondzie spowodowało, że może nam nie starczyć czasu by tam dojechać. Ale jak można zrezygnować z Gibraltaru :)? Nie odpuszczamy, a co najwyżej będziemy spali pod mostem :) Dziewczyna mówi, że była z mamą na wycieczce na Gibraltarze i było fajnie oraz, że poleca. Wyrzuca nas na dobrej drodze dojazdowej do granicy przy stacji benzynowej i rondzie :) Na odchodne opowiada o wynajęciu desek na Tarifie oraz, że koniecznie musimy udać się do baru prowadzonego przez Polaka. Surf Tomato czy jakoś takoś.  Żegnamy się, kupujemy wodę i łapiemy dalej :)


STOP 18. okolice San Roque -> Gibraltar (by Renault Espace)


Zatrzymuje się mega poobijane autko, na brytyjskich blachach oraz z kierownicą nie po tej stronie co trzeba, w środku dwie przesympatyczne Brytyjki. Mama i córka prowadzą coś na kształt weterynaryjnej kliniki z dowozem pacjentów do klienta :) Dlatego też poza nami w autku jest też jeden psiak, który właśnie jedzie do swojej pani mieszkającej na Gibraltarze. Standardowo opowiadamy o tripie itd, one natomiast korzystając z korku w jakim stoimy wskazują nam, gdzie jest dworzec autobusowy jak byśmy już nie złapali stopa . Mówi o kolejce linowej, którą można wjechać na szczyt Last Rock - majestatycznej skały górującej nad całym cyplem. Ostrzega także, przed taksówkarzami polującymi na turystów i kasujących jak za zboże. Dziękujemy za miłą podróż, wysiadamy i kierujemy się w stronę przejścia granicznego.



Okolice granicy po stronie hiszpańskiej sprawiają wrażenie, że jest tam pełno kieszonkowców. Trudno wytłumaczyć to wrażenie, ale mamy oczy dookoła głowy. Co ciekawe zaraz po stronie hiszpańskiej na turystów wychodzących z drogiego królestwa UK, czeka McDonald's :P My jednak nie jesteśmy fanami tego przybytku i udajemy się na granicę. Musimy nadmienić, że to pierwsza granica jaką pokonujemy z naszymi fantami zakupionymi w hiszpańskich górach, co więcej jako że UK nie należy do układu z Schengen to jest to granica na której odbywają się kontrole. Mały stresik jest, ale nadrabiamy uśmiechem i wizerunkiem backpakersów jedzących tylko pasztet, a w plecakach mających tylko brudne majty i jeszcze więcej pasztetu. Udaje się :) Tylko jeszcze szybkie pytanie o autobusy i dowiadujemy się, że 5 z pod granicy a potem 2 i jesteśmy w centrum:P 






My wybieramy opcję z buta by przejść przez pas startowy, który przebiega w poprzek drogi wjazdowej do miasta. Agatkę kusi jednak czerwony double decker, postanawiamy, że przejedziemy się nim w drodze powrotnej. 


Wrażenia są mega, wielka przestrzeń betonu pasa startowego i małe człowieczki przechodzące nią niczym przez przejazd kolejowy w Pcimiu Dolnym. Mijamy pierwsze czerwone budki telefoniczne, znane na całym świecie przede wszystkim z tego, że są brytyjskie i czerwone :)





 Jak się okazuje stara część miasta do której zmierzamy nie jest wcale tak daleko. Klimat zupełnie odmienny, inny świat. Szukamy kartek, ale albo są za drogie, albo za brzydkie. Chcemy skorzystać z usług osławionej na całym świecie Royal Mail. Poczta ta uchodzi, za najlepiej zorganizowaną i najszybszą na planecie. 




Powoli poruszamy się wąskimi uliczkami w stronę dolnej stacji kolejki, trochę błądząc jak chcemy iść na skróty (w końcu zakończone sukcesem) oraz widzimy ciekawe zjawisko na drodze. Z racji, że na Gibraltarze miejsca za dużo nie mają, jest ono bardzo w cenie. I gdy widzimy totalnie rozwalone auto jakie to spotyka się  na złomach zaparkowane na ulicy uśmiech pojawia się na naszych buźkach. Dlaczego uśmiech? Heh dlatego, że właściciel by nie odholowano jego pojazdu i nie wrzucono do morza postanowił umieścić za przednią szybą kartkę z takim napisem: "Broken Down. Waiting for spare parts."



 Co w wolnym tłumaczeniu oznacza, że autko się popsuło i czeka na części zapasowe :):):) Spryciarz. Po drodze Agatka udając się do sklepu po ciastka dla małp (o tym później) została zaatakowana standardowym tekstem Skuna w takich sytuacjach i na pytanie co ma kupić usłyszała: "Zaskocz mnie" :P Heh no to zaskoczyła lodami z Hello Kitty :)



Po dotarciu pod kolejkę linową mamy dylemat. Wjazd kosztuje ok 15 E na głowę. Sporo. Myślimy debatujemy, zastanawiamy się. Trochę to trwa, Skun kombinuje jak tu się dostać tam bez kolejki, ale za wejście do parku też trzeba zapłacić :P Więc nic nie wykombinował. W międzyczasie pojawia się polska rodzinka, która kupuje bilety na szczyt. My oczywiście od razu stajemy się Brytyjczykami, by nas nie poznali :P i naszym językiem narodowym staje się angielski. Na chwile jeszcze wracając do tej rodzinki, jak to jest, że widać polaków z 300 m, a co bardziej wyczuleni potrafią nawet z 1000 m zobaczyć te smutne szare twarze itd.? Ludzie jesteście na wakacjach! :)


Agatka poszła na exploring pobliskiego parku, a Skun odganiał muchy:P Po powrocie z parku zaskakując siebie i przechodniów siłą swoich nóg bez plecaka i prędkością w pokonywaniu schodów Agatka podjęła męską decyzję "wjeżdżamy" :P Decyzja trzeba przyznać, że słuszna :P Zapakowaliśmy się do przedpotopowego wagonika i wraz z panem maszynistą? Czy jak go nazwać pojechaliśmy w górę do stacji pośredniej i na szczyt. Ewidentnie podrywał Agatkę co spowodowało, że Skun miał wewnętrzną potrzebę nauki obsługi wagonika, a panu chciał zafundować naukę latania. No nic :)




 Widoki przednie, cała zatoka, statki na redzie oraz majestatyczne otoczone chmurami wybrzeże Afryki. Góry Maroka robiły piorunujące wrażenie. 









Jednak wjeżdżaliśmy tam nie tylko dla widoków. I tu powracamy do wspomnianych wcześniej małp. Last Rock jest parkiem narodowym i słynie z występowania Magotów Gibraltarskich. Co więcej jest to jedyne miejsce w Europie, gdzie możemy je spotkać. Małpy są przyzwyczajone do obecności ludzi i wiele sobie nie robią z tego, że ktoś do nich podchodzi. Total chill na dachach, barierkach i skałach. :) 



















My mieliśmy plan je dokarmić ciastkami, plan był fajny do czasu kiedy nie zobaczyliśmy znaku, że za dokarmianie grozi kara 500 funtów, dlatego też większość ciastek zjedliśmy sami. Większość to nie znaczy wszystkie :P hia hia hia. Dzień powoli się kończył, nasze szanse na dostanie się na Tarifę malały, kolejkę niedługo zamykali, ale i tak było super.







 Po fotach chcieliśmy zjechać na stację pośrednią jednak gościowi w kolejce coś się porąbało i zjechał na sam dół nas nie wysadzając. Po interwencji wjechaliśmy za free znów na pośrednią stację. Tam mieliśmy spotkanie 3 stopnia z leniwym małpiszonem :P Zblazowanym i obojętnym na cały świat. Siedział sobie na skale i patrzył na Maroko co chwile ziewając. Ożywił się dopiero wtedy, gdy Skun otworzył...heh chciał otworzyć plecak Agatki by wyjąć ciastka. 









W rezultacie to el małpiszon sam je sobie wyjął wskakując na plecy właścicielce plecaka. Zjadł ze smakiem ciacha, narażając nas na 500 funtów kary, ale dzięki temu mamy wspólne zdjęcie z małpiszonem i zachodzącym słońcem. :)








Po dokarmieniu zagrożonego gatunku (tak przyjmujemy opieprz ekologów na klatę:P), udaliśmy się w stronę stacji pośredniej nie wiedząc czy nas zabiorą jeszcze czy nie. Po drodze inny małpiszon usiadł ludziom na aucie i fajnie fotki, śmiechy hihy, ale nie zamierzał z niego zejść:P Klakson-klapa, ruszenie-klapa, wycieraczki-klapa, dopiero interwencja spryskiwacza do szyb przyniosła rezultat.:) Warto było wjechać :)






A nam też dopisało szczęście i załapaliśmy się na ostatni kurs kolejką na dół wraz z całą załogą pracującą na górze.Słoneczko zaszło co zmniejszyło nasze szanse na złapanie stopa na Tarife hehe dramatycznie :) Po zjechaniu na dół poszliśmy po kartki, podziwialiśmy brytyjskich policjantów, komplementowaliśmy rozmieszczenie na ulicach defibrylatorów oraz nie wiedzieliśmy co nam nie gra, coś było nie tak. Po dłuższym zastanowieniu rozwiązaliśmy zagadkę. Wszystko było zamknięte, sklepy zamknięte, a ulice puste. Przyzwyczajeni do tego, że w Hiszpanii, życie zaczyna się wieczorem było to dla nas dziwne i głupie :) Zaskoczył nas też widok toalet publicznych, no cóż ale to w końcu UK ;P





Pędzimy na autobus na Tarife, który jest (mamy taką nadzieje :P) po stronie Hiszpańskiej, po przejściu ponownie granicy Skun z uśmiechem mówi na głos "I'm the drug dealer" nie zauważając strażnika, który za nami idzie :) Na szczęście nie trafiamy na najbliższe 35 lat do lochów królowej Elżbiety i idziemy szukać dworca. Agatka chcę pytać, ale Skun znajduje :) Pytamy na dworcu czy jest coś na Tarifę, oczywiście brak, ale jest autobus do Algeciras, czyli na drugą stronę zatoki, a stamtąd może coś będzie :) Ryzykujemy i wsiadamy, zresztą zbyt wielu rozwiązań alternatywnych nie mamy :) Za plecami w autobusie siedzi muzułmanka w burce, której ewidentnie coś nie pasuje bo mlaska, burczy i coś pod nosem mówi do nas. By było jeszcze bardziej multikulturowo obok nas nadaje nygga przez telefon, głośno i żywo jak by rapował. Brzmi to fajnie i generalnie jest wesoło.

Dojeżdżamy do dworca autobusowego w Algeciras, szybki wywiad czy jest coś na Tarife. Każdy mówi co innego :) Podbudowani tą wspaniałą dezinformacją udajemy się do kasy, gdzie okazuje się, że jednak sukces :) Jest !!!!! Dodatkowo mamy trochę czasu więc Skun idzie szukać czegoś do jedzenia, jest tylko kebab i mega fajny pusty sklep :) podczas poszukiwań po mieście zaczepia go dziwka :P  Po powrocie na dworzec bez jedzenia (i dziwki:P) pakujemy się do autobusu, wkładamy bagaże do luku i czekamy :) Bo kierowca postanowił zrobić sobie przerwę zostawiając włączony autobus :) Fajnie w sumie było by się przejechać :P hahaha ale nasze chore plany zostają tylko w głowach :) Podróż upływa spokojnie, po krętych i dziurawych 
(chyba po raz pierwszy) drogach, w tle świeci latarniami Afryka, a my trochę już zmęczeni cieszymy się, że nam się udało ;)





Po dojechaniu na Tarifę idziemy wzdłuż całego miasta, dworzec autobusowy jest zlokalizowany praktycznie na jego końcu. Klimat Skunowi się mega podoba, co drugi sklep to sklep z deskami, lub czymś do desek :) Szukamy amu, Agatka proponuje bar w którym akurat stołują się policjanci, Skun mówi, że może dalej heh w końcu lądujemy w kebabie :) Jemy i szukamy miejsca na domek, mijamy dużo surferskich camperów, busów ze śpiącymi w środku na siedzeniach surferami przy plaży i jest fajnie, ale jesteśmy padnięci :).
Docieramy na plażę, zachwyca nas drobniutki biały piasek, który w świetle księżyca wydaje się jeszcze bielszy, trochę straszą glony które wyglądają jak zwierzaki. Skun wymyślił sobie, że będziemy spać na końcu Europy :P (cypel na Tarifie to najdalej wysunięty skrawek Europy na południe) Znajduje się tam fort przy plaży, gdzie transportowani są uchodźcy, którym się nie udało i dali się złapać. Tam też czekają na deportację. Do fortu prowadzi droga i zwodzony most. Droga poprowadzona jest po falochronie obok którego się rozbiliśmy Agatka mówiła, że to przypałowe miejsce, Skun był uparty :) Ehhh ten uparty dziad :) Tak czy inaczej zasypiamy na najbardziej wysuniętym skrawku Europy - jest pięknie. Dobranoc :)







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz