poniedziałek, 6 stycznia 2014

Tarifa (DZIEŃ 15)

Dzień zaczął się ....niespodziewanie dosyć wcześnie bo w okolicach 5 nad ranem po rozpięciu namiotu ukazało nam się kroczę. Właścicielem okazał się funkcjonariusz Guardia Civil, czyli taka poważniejsza policja zmiksowana z wojskiem.






Generalnie cieszą się większym poszanowaniem od policji, by nie wdawać się w szczegóły. Zaspana twarz Agatki wyrażała: "A nie mówiłam to średnia miejscówa na spanie." Panowie poprosili o paszporty lub ID. Coś tam popytali, pogadali oraz pospisywali, a my już oczami wyobraźni widzieliśmy mega wielki mandat z kwotą w euro co najmniej 3 cyfrową:) Ku naszemu zaskoczeniu skończyło się na, klasycznym spisaniu i upomnieniu, że tu nie wolno i żebyśmy się zwijali.


Super fajnie w sumie guardia civil też ludzie :) Wszystko było by pięknie, ale namiot cały mokry od bryzy jak po ostrej burzy, na zewnątrz jeszcze chłodno bo słoneczko miało dopiero wstać. W tym właśnie momencie zaczyna się najwolniejsze zwijanie obozowiska na całym naszym tripie :) Wszystko po to by wszystko wyschło. Wieść o naszym nielegalnym, koczowniczym obozie szybko się rozeszła wśród służb bo co jakiś czas byliśmy obserwowani, no cóż :)


Cała ta sytuacja miała też pewne plusy, jednym z nich było nie przegapienie naprawdę pięknego wschodu słońca na tym najbardziej wysuniętym kawałku europy na południe. Agatka ma problem ze zlokalizowaniem dobrego miejsca na siusiu, bo w istocie promenada okazałą się niezwykle uczęszczanym miejscem :) Skun idzie obejrzeć twierdzę w której trzymani są nielegalni emigranci. Miejsce samo w sobie jest bardzo ciekawe, trochę zaniedbane, ale budzące grozę. Dodatkowo jednak, gdy staniemy na promenadzie z jednej strony mamy ocean Atlantycki, a z drugiej morze śródziemne.


















Potem powiesiliśmy namiot na plażowym płocie, a Agatka poszła odsypiać wczesną pobudkę. Zdecydowaliśmy, że zostajemy tu na jeden dzień (bo wiedzieliśmy, że spotkany wcześniej Grzesiek będzie jechał następnego dnia w tym samym kierunku i możemy się z nim zabrać jak by nie udało się złapać stopa :P), pełen lenistwa. By jednak nie było tak, że nic nie robimy to chcieliśmy wypożyczyć skima, Agatka poszła na misje by się dowiedzieć gdzie i za ile.


W beach barze dostała mapki i instrukcje gdzie można takiego zdobyć jednak cena okazuje się zaporowa bo 15E. Choć warunki na skima były rewelacyjne to jednak odpuszczamy. Agatka robi pranie w oceanie, Skun buduje zamki z piasku i konstrukcje melioracyjne, które mają nas uchronić przed zalaniem.











 Leżymy, opalamy się, obserwujemy jak parka uczy się surfować, widzimy jak plażowicze nie ubezpieczeni w konstrukcje melioracyjne ;) są zalewani przez fale i przenoszą swoje ręczniki dalej od morza. My trwamy na stanowisku. Trwamy ale do czasu...ostatnia fala przypływu powoduje następujący dialog: -"Maluch ja bym wstawał, Maaaaaaaaaluch wstawaj!!!!" po czym wspomniana fala przewala się po Agatce i naszych rzeczach, mocząc co się dało w tym plecaki, mapy, dziennik, karimaty itd :)



No to się suszymy, Skun poprawia zabezpieczenia, ale większa z tych fal już nie nadejdzie i choć fale są coraz większe - zaczyna się odpływ. Jednak pod wieczór fale robią się na tyle duże, że na plaże wylega chmara surferów i obserwujących ich pań. Niektóre intensywnie skupiały na sobie uwagę wielbicieli fal.








My zachęceni wielkimi falami idziemy na nich poskakać, dochodzimy do wniosku, że ocean ma ogromną siłę. I by nas nie powywracało mocno się trzymamy, w wodzie atakuje nas skrzynia która najpewniej spadła z jakiegoś kutra gdzieś na morzu.

















 Agatka ma dość i zostawia Skuna w wodzie i idzie na exploring skał, znajduje tam szczury i fajną linkę na biżuterię :) Te pierwsze jednak skutecznie zmieniają jej plan wydostania linki spod kamieni. MA miejsce pewna przygoda z WC, ale to pominiemy na forum publico :P







Pojawiają się śmieszne ptaszki, które uciekają przed falami - pieszo :) I w tym momencie staje się coś co mogło trochę pokrzyżować nasze plany co do wyjazdu, albo nie tyle co do wyjazdu, a do posiadania pamiątek w formie zdjęć. Pada nam aparat fotograficzny. Nie ma opcji ustawienia ostrości i zdjęcia jakie z niego wychodzą prezentują się mniej więcej tak:





Zachodzi słonko, zaczyna robić się trochę chłodniej i niestety praktycznie mokro, choć nie ma chmurki na niebie oceaniczna bryza robi swoje, wszystko jest mokre, lepkie i klejące. Auta pokrywają się znaczną warstwą rosy, a my ewakuujemy się z plaży coś zjeść i szukać miejsca na nocleg. Po drodze zahaczamy o chiński market (piękny wynalazek o ile tak można to nazwać), z zewnątrz wielkością można porównać do to osiedlowego warzywniaka, po wejściu do Castoramy, Auchan i Galerii Handlowej w jednym. Znaleźć można tam dosłownie wszystko, my kupujemy zestaw do szycia i śrubokręty by otworzyć aparat. Skun przypuszczał, że piasek mógł dostać się i zablokować obiektyw. Następnie zwiedzamy stare miasto na Tarifie, fajne urokliwe i pełne życia, całkiem też drogie jeżeli chodzi o jedzenie. Po drodze odwiedziliśmy serwis fotograficzny, gdzie pan fachowym okiem i jeszcze bardziej fachową chusteczką zbadał aparat o mało co nie urywając obiektywu, spotkaliśmy też dziewczynę (stop nr 17), która podwiozła nas na trasie Marabella-Gibraltar. Po czym udaliśmy się do marketu (kupując mega lody ale jakie to lody to potem bo może zaczniemy ich masową produkcję ;P), i do knajpki, gdzie wieczór wcześniej gliniarze pałaszowali posiłek. Zamówiliśmy kilka tapas, wypiliśmy kilka złocistych trunków i spotkaliśmy polkę! Jechała na jakiś wolontariat i na noc zrobiła sobie przystanek w pobliskim hostelu, jadła obok nas przy stoliku, gdy usłyszała jak między sobą rozmawialiśmy. Była zszokowana, że można być na drugim końcu europy, jeść kalmara i spotkać backpackersów z polski :)  My po przejściu całego miasta i trochę mniej ciekawej dzielnicy rozbiliśmy się na plaży, a właściwie na wydmach pod palmą. Namiot ustawiliśmy w cieniu pobliskiej promenady by znów nie spotkać panów, którzy tego dnia okazali się naszym budzikiem. Poszliśmy spać przy szumie oceanu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz