niedziela, 27 października 2013

Granada - Nerja (DZIEŃ 12)


Zacząć należy od tego, że post jest pisany na telefonie na stacji benzynowej gdzieś w Portuglii, więc za błędy przepraszamy, a portugalskie szczegóły i zdjęcia będą później ;)

Nasza paczka ze zbędnymi rzeczami, które chcemy odesłać do Polski ma zostać odebrana przez Grześka z blablacar około 13. Gdy Grzegorz przyjeżdża prosto po wspinaczce z Sierra Nevada (zazdrość). Okazuje się, że jedzie na wybrzeże i może nas zabrać :) Mimo, że planowaliśmy nieco inny kierunek - decydujemy się jechać :) Ogarniamy plecaki (Rafał cieszy się, że ma taki lekki :)) i żegnany z Manuelem. Zostawiamy dla niego ostatnią krówkę i...





STOP 14. Granada -> Nerja (by Peugot 407 sw) Grzegorz jest strażakiem i w ramach urlopu nurkuje na wybrzeżu Hiszpanii zgarniając ludzi z blablacar na podwózki :) Pochodzi ze Słupska i studiował informatykę w Koszalinie. W Barcelonie włamano mu sie do auta wiec wyciął sam szybę z pleksy (żeby nie czekać na serwis :)) Nie działa prędkościomierz. Grzegorz opowiada o pracy strażków i skokach spadochronowych. Mówi o pasażerach z blabla. Chce otworzyć w Hiszpanii szkołę nurkowania:) Częstuje czekoladą. Pada mu telefon, więc Agata proponuje ładowarkę samochodową. I wcina coś tam na tylnym siedzeniu :)





Nerha zgodnie z obietnicą Grzegorza okazuje się być fajną, kameralną i tanią (!) miejscowością. Grzegorz wraca do swojego hostelu, w którym był przed wypadem do Sierra Nevada, ale nie mają miejsc, więc idziemy do innego. Zostawiamy tam rzeczy i czekamy na Grześka. Umawiamy się, że razem coś zjemy. W międzyczasie oglądamy centrum. Mijamy punkt widokowy Balcon de Europa i z góry oglądamy klify. Wiemy, że w pobliżu są synne jaskinie malowidłami naskalnymi (akurat do sali, gdzie są - nie ma dostępu), ale decydujemy się je ominąć tym razem.





Razem z Grześkiem idziemy do polecanego lokalu Little Italy mijając małe smażalnie świeżych ryb i lokal z tapas za 1€. Niemal wszystkie pasty i pizze kosztuja 3,5€. Można wybrać rodzaj makaronu (tagiatelle/ spagetti/ penne/ macaroni) i dostaje sie dużo parmezanu - Agata fall in love. Zamawimy również sangrię - wino ze świeżymi owocami. Widzimy wesele i tancerki flamenco.






















Grzegorz odprowadza nas za miasto, bo przy plaży są latarnie i nie chcemy się mocno rzucać w oczy. Idziemy do następnej miejscowosci. Po drodze wysyłamy pocztówki (wait for it :))Mijamy wyschniętą rzekę (wszystkie tutaj takie są :p) i dochodzimy do ciemnego miejsca przy klifie w palmowym zagajniku :) (plażowy wychodek ewidentnie jest kawalek dalej). Grzegorz straszy sposobami złodziejaszków i tym podobych draństw i Agata ma cykora. Rozbijamy się (wcześniej szukając kijków, które zgubiliśmy :p) i idziemy spać :)







niedziela, 13 października 2013

Granada (DZIEŃ 11)

Dziś miał być post pod tytułem Granada - wybrzeże, ale uzupełniamy posty i się zasiedzieliśmy :P Po za tym kierowca z blablacar jedzie jutro przez Granadę do Polski i może wziąć naszą paczkę. Karola i Carlos wyjeżdżają, więc jemy wspólne śniadanie oglądając paradę w hiszpańskiej telewizji. Jest Święto Narodowe Hiszpanii. Pomiędzy maszerującymi żołnierzami pałęta się koza. Reakcja Agaty i Karoliny zahacza o wtf?, ale Carlos, Manuel i ich znajomi mówią, że to jakiś symbol :)

Skun idzie rano do Lidla zdobyć karton i przy okazji kupuje coś na śniadanie, obiad i kolację :) Zdobycie kartonu wcale nie jest takie łatwe, bo owy Lild wyposażony jest w armię pań które zaraz po wyłożeniu towaru na półkę je drą :) Podbiega do kasy, "zarąbuje" jeden i oddala się czym prędzej.....po makaron :)

Przepakowujemy się i przygotowujemy paczkę. Agatka idzie po zakupy do Lidla (skun ma zachciewajkę na donuty) i udaje jej się pogadać chwilę dłużej  z kasjerem po hiszpańsku :)

Jutro wybrzeże, a następne wpisy - za jakiś czas :) Choć, o ile nam się to uda, będziemy starać się w knajpkach (:P) łapać Wi-Fi i wrzucać foty z telefonu :) Także bądźcie czujni niczym Waszki G :)

PS: Rafal zrobil obiad :).

Granada (DZIEŃ 10)

Leniwy poranek po Fiesta Polaco wstaliśmy dość późno i zjedliśmy z Karolą i Carlosem płatki ze Skunowego dzieciństwa (ryżowe czekoladowe- nie ma lepszych!) , których podobno już nie ma w Polsce. Budzik Manuela budził wszystkich, ale nie jego (Kim jest tajemniczy Manuel wyłaniający się z czeluści pokoju, to współlokator Karoli i Carlos, mega sympatyczny gość, niestety słabo dosyć mówiący po angielsku :P)








 Ustalamy plany na dziś i odpuszczamy pomysł z wynajęciem auta lub skutera (35E za dzień + paliwo) i zwiedzeniem Sierra Nevada :( Uzupełniamy bloga, a pozbawiona komputera Karolina (bardzo dziękujemy :):*) ćwiczy salsę z Carlosem :) Carlos zapisuje w naszym dzienniku przepis na swoje Guacamole :)



W czwórkę idziemy do miasta (sporu ciąg dalszy :P [poprzedni post]). Miejscowi znający tutejsze zakamarki i ukryte w nich knajpy zabierają nas na piwo i sprawdzone tanie tapas. Carlos wybiera dla wszystkich. Jemy kalmary, tosty, ziemniory, do tego wypijamy w sumie 10 piw :P






Zmierzamy w stronę dzielnicy cygańskiej. Jemy opuncję. Skun wdrapuje się po ścianie by zdobyć dojrzałą sztukę, a Karolina wbija sobie kolce w place :)  Zagapieni biegniemy w stronę Alhambry, ale trochę się spóźniamy na zachód słońca. Mimo to - warto było przyjść. Dziedziniec jest pełen ludzi i straganów z ręcznymi wyrobami. Agatka mówi, że "spoko, ale pan Emil nie był by dumny (pan Emil to postać kultowa - boss pracowni biżuterii u nas na uczelni:P)






























Schodzimy w dół wąskimi na ok 75cm uliczkami, z uroczo świecącymi latarniami :) Ahh te rymy :) Karola i Carlos wychodzą wieczorem, wiec wracają do domu i zostawiają nas przy miejscu, gdzie rzeka chowa się pod miejskim placem. Miejsce pełne turystów, baa pełne to mało powiedziane.









 Pomału wracamy w stronę miasta. Robimy zdjęcia z długim czasem naświetlania by oddać jaki ruch panuje na ulicy o tej porze, czym wzbudzamy zainteresowanie znacznej części przechodniów :) Kupujemy lokalne specjały: donuta w czekoladzie i pionono , klej do sandała i dziwny napój. Mijamy jadłodajnie dla bezdomnych :P Pachnie ładnie więc rozważamy czy się nie dołączyć :P.


Gdy wracamy do domku okazuje się, że wszyscy wychodzą. Zabieramy się zatem za uzupełnianie tegoż oto bloga , jemy pyszne jedzonko, które zostawił dla nas Carlos. (mięsko w cieście francuskim zapiekane z szynką i serem), potem trochę rozmów o życiu i śmierci vol. 34324 i idziemy lulu, dobranoc :)