niedziela, 13 października 2013

Granada (DZIEŃ 9)

Wspólnie z Karoliną i Carlosem jemy śniadanie: pieczoną bagietkę z oliwą i pastę ze zmiksowanych pomidorów z solą. Zdecydowanie polecamy. Proste i smaczne :) Dostajemy mapkę i ruszamy do miasta (teraz będzie z Rafałem spór językowy, gdyż on twierdzi, że chodzi się na miasto, a do miasta to się jeździ z  sianem ze wsi. Myślę, że sam jest siano. Ale z racji, że teraz ja piszę, a on będzie dopisywał, na pewno znajdzie się tu cięta riposta, na którą nie zdążę odpowiedzieć. To nie świadczy o tym, że on ma rację :P Ahhh jaki to ja jestem przewidywalny :P )

Zwiedzamy część nazywaną Albacine - wąskie uliczki i pomalowane na biało budynki. Jemy opuncję prosto z kaktusa i szukamy jakiegoś fajnego jedzonka. Zamawiamy piwo, tapas i kawę dla Agatki. Kupujemy i wypisujemy kartki. Hiszpański piesek wyraża miłość do Skuna. Chcemy (przynajmniej połowa) zwiedzić katedrę, ale wejście kosztuje 4E i stwierdzamy, że w sumie z zewnątrz wszystko widać :P































Naprzeciwko jest sklep z przyprawami, herbatami i żeeeelkami. Zapach z niego unosi się wokół całego placu. Pachnie genialnie. 




























Wracamy do knajpki, którą mijaliśmy wcześniej w Albacine starej arabskiej dzielnicy Granady. Zamawiamy te potrawy ze Menu del Dia, których hiszpańskie nazwy nam się podobają. Dostajemy paellę z owocami morza, spagetti bolognese, jakieś mięsko i jakąś rybkę :) Pod knajpkę przychodzi uliczny zespół. Grają naprawdę fajnie, więc wokół placu zbiera się duża widownia. Dużo osób klaska i śpiewa przy zachodzącym słońcu.  Niepowtarzalny klimat :)














Idziemy w stronę Alhambry - twierdzy nad miastem, o której wiele osób mówiło nam przed wyjazdem. Podobno trzeba kupić lokalne piwo i wieczorem wypić je właśnie tam :) Nie docieramy na samą górę, a jedynie pod mury. Stamtąd pomału wracamy w stronę mieszkania.






Carlos wyszedł na koncert, a Karolina jest na zajęciach. Chociaż mamy klucze siadamy pod klatką schodową (to także mało powiedziane jeśli chodzi o wygląd mieszkań w Granadzie). Kiedy przychodzi Karola idziemy się szykować, bo akurat dziś przypada impreza pt. Fiesta Polaco :P Skun śpi, a Agatka pożycza część garderoby od Karoli i ruszamy autobusem do klubu :) Karola nie jest pewna gdzie jest klub, ale spotykamy po drodze ludzi (z Ukrainy, Korei, Polski, Hiszpanii), którzy także zmierzają w tamtym kierunku (tzn. przeciwnym bo Karoli pomyrdały się drogi). Witamy się i idziemy z nimi :) 




Wielki pan afroamerykanin żartobliwie mówi do Karoli, że dla niej wstęp jest płatny (bo zwróciła uwagę, że klub powiesił w drzwiach flagę Monako, a nie polską :P ) Klub bardzo się stara, ale zarówno sałatka ziemniaczana jak i wściekłe psy są mocno naciągane. Sok malinowy miesza się z wódką. Karola rozmawia o tym z barmanką, ale to nie jej wina. TO po prostu nie jest syrop Paola :P Perro Loco to nie wściekły pies. Kilka osób pyta o stopa. Dj nie wie co puszcza (Letni Chamski, disco polo, Necik, Szalona....). Klimat hiszpańsko - polsko - wiejsko weselny :P Rafał świruje i chce robić pogo :P Hiszpanie podrywają dziewczyny. Carlos przychodzi z koleżanką z koncertu i piją z nami pierwsze podrabiane wściekłe psy w swoim życiu, ale i tak są dla nich za ostre. To nic nie szkodzi będą mogli potrenować, bo kosztem skoliozy Agatkowych pleców przywieźliśmy z polski oryginalny biedronkowy sok malinowy :P (zamiast klasycznych pierogów, chleba, itd właśnie to było zamówieniem nr 1) Karolina i Carlos tańczą salsę :) Skun prowadzi konwersacje międzynarodowe w toalecie, a Agatkę podrywa Hiszpan, ale jest w stosunku do niego zimna niczym dama z dalekiej północy :P Zawiedziony podrywa 1,5m dalej :P

W drodze powrotnej włączają nam się wszystkim rozmowy w różnych językach hiszpański-francusko-polsko-angielsko-hindi :) 


Spanko: -||- :)


1 komentarz:

  1. heeeja podroznicy :) wlasnie dzisiaj doszla do mnie kartka - dziekuje za pamiec !!!! Zazdroszcze Wam tego slonca cholera.. :( :P Pozdrowionka i powodzenia !
    Pani Broszkiewicz ;]

    OdpowiedzUsuń