piątek, 11 października 2013

Wrocław-Alicante (DZIEŃ 1)


Wstaliśmy z dużymi oporami o 4:45 (tylko dzięki mamie Rafała która zafundowała nam pobudkę), natomiast o 5:15 podjechał nasz pierwszy pseudo stop taksówka na lotnisko we Wrocławiu. Dojazd zajął nam ok 30 min, odprawiliśmy bagaż i udaliśmy się na koktajl i kawę w lotniskowym barze (zdecydowanie nie polecamy :P!) W bagażu nadawanym udało nam się przemycić butlę z gazem do kuchenki turystycznej oraz GAZ PIEPRZOWY :)



Podbudowani tym faktem i naszym niebywałym sprytem postanowiliśmy sami się odprawić :) Na każdą osobę przypadał bagaż podręczny o max wymiarach 55x40x20 cm i wadze maksymalnej do 10 kg. Skun zapakował część plecaka do ...kartonu bo butach snowboardowych, Agatka natomiast spakowała się w płócienną  torbę i o ile ta druga nie wzbudziła podejrzeń to karton od razu zjechał na boczny tor i zaczęła się rewizja i przeglądanie przez pana celnika wyposażonego w gumowe rękawiczki niczym Dr. House :) A zawartość bagażu mogła być niezłym składem na konstrukcję małej bomby :) Srebrna taśma, palnik do kuchenki gazowej, ładowarka itd :)  Tak czy inaczej udało się przejść :)


Jeszcze tylko dłuuuga kolejka do samolotu, naszych "kochanych" rodaków, wysłuchiwanie tekstów w stylu "Jeszcze nigdy nie leciałam tak trzeźwa" (pani właśnie zakupiła w strefie bezcłowej 3x whiskey :P). Byliśmy prawie na pokładzie, no wspomnę jeszcze o wątpliwościach pani biletowej co do wielkości Skunowego bagażu podręcznego i teście "sajzera" :).

Na pokładzie oczywiście ścisk i dosyć duszno (ah te tanie linie lotnicze), ale coś za coś :) Miejsce udało nam się zdobyć całkiem niezłe, bo przy oknie więc było całkiem zacnie. Obok nas dosiadł się Hiszpan, który jak się później okazało całą drogę przespał z otwartą buzią, co oczywiście co poniektórych kusiło by zrobić mu jakieś ciekawe zdjęcie np. z palcem w buzi itd :) Z racji tego, że Skun dawno nie latał liniami rejsowymi zamieniliśmy się z Agatką miejscami, która to zajęła się liczeniem baranów ( i wcale nie chodziło tu o współpasażerów :P), a Skun oglądaniem: gór, pagórków, dolin, chmurek itd :)



Około 10:25 wylądowaliśmy (dzięki hamowidełkom Boeinga 737), w Hiszpańskim Alicante, szybkie poszukiwania toalety, obserwacja ile to bagaży błądzi po lotniskach,szybka vlepa Capito na lotniskową gaśnicę ruszyliśmy na podbój świata. Początkowo trochę się pogubiliśmy odnośnie miejsca, gdzie miał na nas czekać nasz bus, jednak po szybkich konsultacjach z kierowcą innego i po zwiedzeniu 3 pięter lotniska byliśmy na dobrym przystanku :) Temperatura była idealna dla Skuna i początkowo było trochę za ciepło dla Agatki, ale wiedzieliśmy, że w najbliższych dniach się przyzwyczaimy :)

Jadąc już busem do centrum Alicante, dokładniej do Playa del Mare widzieliśmy jaką drogę będziemy musieli pokonać do naszego pierwszego noclegu :) Przerażenie malowało się na twarzy Agatki. Po dotarciu na miejsce udaliśmy się na miejską plażę, a właściwie na cypel z niej wystający, rozłożyliśmy się na falochronie w towarzystwie miłych opalających się topless 70 latków ;) Stwierdziwszy, że warto było by coś zjeść i po grze w "papier, kamień, nożyce" do sklepu udała się Agatka :) Pierwszy obiadek (zjedzony na skałach) składał się z kalmarów w puszce, pasztetu, bagiety, super słodkiego donata, soku, wody i żelków choć nie wiemy czy to ostatnie było żelkami czy osłoną kabli telefonicznych :) Całość kosztowała nas ok 8E :)



Po lekkim buncie załogi odnośnie temperatury i wagi plecaka ;) udaliśmy się do mariny jachtowej, i dalej w stronę plaży za miastem, gdzie zamierzaliśmy spędzić pierwszą noc. Zahaczyliśmy jeszcze o chiński market, kupując wodę i pieczywo :) Tu należy zaznaczyć, że tylko dzięki wrodzonym instynktom poszukiwacza Agatki udało znaleźć ten market (który był pod nosem na rogu), bo Skunowi się nie udało :)





Po przejściu kilku pierwszych kilometrów w palącym słońsku, kilku postojach, chodzeniu po torach kolejowych i pierwszym szukaniu muszelek na skałach dotarliśmy do naszej plaży :) Nastąpił etap selekcjonowania miejsca do spania: plaża z glonami, plaża z utopionym i wesoło podrygującym na falach kotem, plaża z krabami lub plaża z głośną rodzinką Hiszpanów :) Koniec końców już prawie po ciemku rozbiliśmy się przy skałach, co jak się potem okazało było strzałem w 10 tkę :)  Wieczorkiem jeszcze zjedliśmy zupki chińskie co samo w sobie było testem kuchenki turystycznej, a z drugiej strony chcieliśmy zaoszczędzić pasztet na poranne śniadanie :) Potem jeszcze w świetle latarek, wzięliśmy kąpiel w morzu śródziemnym  i poszliśmy lulu usypiani rytmicznym szumem fal.




Spanko: plaża za Alicante

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz