"Cyyykada w ciastkach!!!!" :P Takim wrzaskiem dnia szóstego został obudzony Rafał :D Tego dnia oglądaliśmy wschód słońca (tak myśleliśmy), którego nie było (bo słońce jednak było za chmurą, a nie za górą). Zrobiliśmy dokumentację fotograficzną znalezisk Agatki, Skun naprawił zepsute Agatowe okulary za pomocą kółka od kluczy i wytrzepaliśmy namiot, który na chwilę stał się kitem. Spakowaliśmy się, wysuszyliśmy rzeczy na palmie, zepsuliśmy kijaszki teleskopowe od namiotu (gumka pękła), oglądaliśmy trasę mrówek od mrowiska do naszych rozsypanych ciastek i stwierdziliśmy, że idziemy do sklepu przy drodze, który Rafał widział 2 dni temu. Niestety wody brak, a to był sklep z kosiarkami :P
STOP 5. Puerto de Mazarron -> Aquilas (by wypożyczony Opel Zafira)
Kierowcą okazał się być Australijczyk urodzony w Wielkiej Brytanii, który wozi bagaże za swoją dziewczyną. Ona jedzie na rowerze z Barcelony do Maroka. Opowiadał o tym, jak ostatnio byli w Himalajach. Bardzo pewnie porusza się po górzystych drogach. Podwozi nas pod informację turystyczną w Aquilas, ale jest zamknięte (cóż za nowość), więc żegnamy się w okolicach wybrzeża.
Znajdujemy drugą informację, ale jest zamknięta (:P). Decydujemy się wrócić po sjeście. W tym czasie z nadzieją wysłania paczki do Polski szukamy poczty. Jest zamknięta... Sjesta się kończy, więc postanawiamy wrócić do informacji, żeby naładować aparat. Zapytana pani uroczo twierdzi, że nie możemy u niej zostawić plecaków , jednak po chwili sama chyba dochodzi do wniosku, że jednak w sumie czemu nie... Odciążeni z plecaków idziemy szukać jedzenia, ale wszystko jest albo drogie albo zamknięte. Znajdujemy zamkniętego chińczyka, ale jest tak tani, że stwierdzamy, że poczekamy, aż otworzą, kusi nas też menu dnia :) W tym czasie wracamy po aparat i plecaki, rozkminiamy dlaczego połowa kotów w Hiszpanii ma ogony, a druga połowa - nie ma (Skun stwierdza, że to bliskość wspomnianej chińskiej restauracji ma na to wpływ), podglądamy beznogiego mima zmywającego make up po pracy i uzupełniamy nasz podróżniczy dziennik.
U chińczyka ładujemy telefon. Trudno się porozumieć, ale w końcu zamawiamy chinease bread, chinese salad itd. W cenie dostajemy kawę dla Agaty (dobrze), butelkę wina (niedobrze), arbuza i jakąś chińską nalewkę (jeszcze gorzej :P). Lokal był na sprzedaż (120 tys. E za naprawdę duży metraż w centrum przy porcie), bo rodzinka chyba nie miała klientów, a szkoda, bo i papu i atmosfera były naprawdę zacne. Wychodzimy stamtąd "przyjemnie zrobieni" z czego zdecydowanie bardziej Agatka (to dobrze :P), odwiedzamy Honkong mercado, w którym nie ma nic do jedzenia, więc idziemy do Mercredony i idziemy (ciesząc się po drodze) na plażę za miastem Aquilas. "Ciesząc się" to trochę mało powiedziane. Przy okazji Skun stwierdza, że mijana tablica oznajmia o super mega okazji 1E za 1m2 :) Potem okazało się, że chodzi o 1m2 położenia płytek podłogowych, ale co tam :)
Idąc drogą wylotową z miasta, ciągnącą się wzdłuż wybrzeża, prawie docieramy do campingu Bellavista. Jednak zamiast niego wybieramy nocleg na plaży, skręcamy w lewo i szukamy miejsca na rozbicie naszego domku. Ciemno, jak to w nocy, wszędzie kamienie albo klify. Skun eksploruje okolice po omacku niczym nietoperz echolokacją (którą zagłuszają głośne fale rozbijające się o skały). W końcu podejmujemy decyzję o rozbiciu :) Jak się okazuje dnia następnego - całkiem słuszną, ale o tym potem...
Spanko: plaża za Aquilas.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz