sobota, 12 października 2013

Santa Pola - Los Alcazares - Cartagena (DZIEŃ 3)









Po wczorajszej kolacji składającej się z kuskusu Rafał zrobił sobie w Lidlu zapas na obiad. Agatce nie do końca posmakowało, wiec po śniadaniu składającym się m.in. z owocu Cherimoya i świeżego soku pomarańczowego - ruszyliśmy. Udaliśmy się na stację benzynową na siku. Rafał w toalecie spotkał eleganckiego starszego pana, który suszył sobie wacka pod suszarką do rąk :P 


Wcześniej napadła nas pani kosiara, która lookając ciekawskim okiem kosiła trawnik koło nas 3 razy (wcześniej ten sam trawnik skosił inny Hiszpan - rano myślałam, że rozbiliśmy się przypadkiem na jakimś placu budowy). 


STOP 2.  Santa Pola -> Los Alcazares (by Seat Ibiza)

Dwóch gości z Indii mieszkających w Hiszpanii od 10 lat. Kierowca miał bardzo specyficzny styl jazdy Praktykował bardzo gwałtowne hamowanie, a jedyną zasadą było względne trzymanie się prawego pasa :P. Po drodze zatrzymali się na stacji benzynowej i w centrum handlowym. Po zakupach zgarnęli jeszcze jednego kumpla, którego mięli podwieźć, więc musieliśmy się zmieścić w 3 osoby i 2 plecaki 65 l na tylnym siedzeniu :P Po drodze rozpakowali zakupy (nie widzieliśmy dobrze zza plecaków, ale chyba jakiś mac tablet, czy coś w ten deseń), a zbędne folie, opakowania i styropiany wyrzucili przez okna (a co się tam będą chłopaki szczypać...). Cześć poleciała na tylne siedzenia. Podwieźli nas w dobre miejsce. Dostali polskie krówki w ramach podziękowania, a my ruszyliśmy w kierunku plaży :)

Obejrzeliśmy wybrzeże, nazywane tutaj small sea (cypel całkowicie zamykający zatokę) . Z powodu kryzysu w Hiszpanii jest teraz mnóstwo nieruchomości na sprzedaż i Skun wpadł na pomysł, że można by spać na tarasie, któregoś z domów na sprzedaż przy plaży.






Na bogato poszliśmy zjeść pizzę i makaron z łososiem w restauracji przy plaży. Bardzo podobał nam się klimat - rodzinny średnia wieku 189 lat :) Potem był pomysł, żeby rozbić się w domku na końcu falochronu, ale Agatka protestowała. Poza tym, okazało się, że jest to strefa wojskowa, więc trudno było się tam dostać bez ryzyka ostrzału :P.


Otoczenie nasunęło nam na myśl klimaty typu Kuba i Fiedel Castro. Śmieci przy drodze wyglądały jak zwłoki w czarnych workach, a Rafał prawie zaliczył glebę na żołędziach, które to były rozsypane na drodze i chodzenie po nich przypominało chodzenie po szklanych kulkach.








Na plażach byli tylko emeryci i wędkarze (wszędzie), ale nie widzieliśmy, żeby którykolwiek z nich coś złowił (poza tymi, którzy nurkują z kuszą i łowią ośmiornice). Wychodzimy do miasta i znajdujemy bardzo dobre miejsce do łapania :)



STOP 3. Los Alcazares -> Cartagena (by Opel Vectra)

Hiszpan Raphael, który od 13 lat mieszka w Cartagenie. Jest inżynierem i zajmuje się budowaniem łodzi podwodnych. Opowiadał, że był w Warszawie i w Gdańsku. Mówił o rafinerii za górami obok Cartageny. Obwiózł nas po mieście, bardzo otwarcie rozmawiał po angielsku (co w Hiszpanii jest dość wyjątkowe). Zawiózł nas pod info de turismo, które okazało się być zamknięte. Zmartwiony daje nam namiary na bar z darmowym tapas (małe przekąski hiszpańskie) do piwa. Akurat w Cartagenie bardzo popularne są patatas bravas, czyli pieczone ziemniaki z różnymi sosami. Oprócz tego, Raphael wytłumaczył nam jak znaleźć tanie hostele i dał swoją mapę miasta :) W zamian dostał polską krówkę. Szybko pożegnaliśmy się na postoju taxi przy marinie i niestety nie zdążyliśmy zrobić wspólnego zdjęcia.


Poszliśmy we wskazanym kierunku szukać taniego hostelu :). Stare miasto robi mega wrażenie. W agatowym rankingu hiszpańskich miast zwiedzonych podczas tego tripa póki co zdecydowanie wygrywa. Genialnie łączy stare z nowym. I żyje. Jedyny element, którego zabrakło to plaża, gdyż w Cartagenie jest tylko marina i port. Szukamy dość długo, chodząc po chodnikach z kamiennych kafli. Pierwszy nocleg Hostel Rosa jest zamknięty z powodu remontu ulicy, drugi też. Trzeci okazuje się być pięcio -gwiazdowym wieżowcem. Znajdujemy przyjemny hotel Balcone Azules, ale cena też jest taka sobie (40E za pokój), więc namyślamy się przy fontannie, do której prawie wpada Rafał. Śledzimy przez chwilę życie nocne kotów i idziemy szukać dalej. Trzeci raz spotykamy tego samego bezdomnego dziadka i zaczynamy się gubić, bo mapka od Raphael'a nie uwzględnia części ulic.



 Trochę mamy już dość naszych plecaków na dziś i jemy ciastka na chodniku. Dowiadujemy się o jeszcze jednym noclegu (dom brata alberta?), ale także nie ma go tam, gdzie powinien być, więc decydujemy się nie szukać już więcej. Po chwili ruszamy dalej, mijamy informację turystyczną i skate park (bardzo tłoczny o tej godzinie, gdyż Hiszpanie są zdecydowanie aktywniejsi wieczorami i nocą). Rafał zostawia plecak i idzie szukać jakiegoś miejsca do spania i...

... wraca zajarany czymś co nazywa "domem pod baobabem" :P. Następuje etap wieczornej toalety i ruszamy w tamtym kierunku. "Dom pod baobabem" okazał się być równym kawałkiem trawnika koło ronda i przystanku autobusowego, dość mocno schowanym za palmami i jakimś niezidentyfikowanym, sporym drzewem ("baobabem" :P). Zmęczeni szybko rozbijamy się i idziemy spać. Agata chce, żeby narzędzia obronne były gdzieś na wierzchu. W nocy panowie przychodzą podlewać trawniki, ale widząc namiot wspaniałomyślnie nas omijają. A rano....

...na pytanie "co ci się śniło?" Rafał opowiada sen o tornadzie, które porwało małego kota i wszystkie koty z miasta utworzyły wieżę z siebie ratując malucha i wyciągając go z tornada. Brak pytań :P

Spanko: trawnik przy rondzie "za baobabem", Cartagena.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz