Budzimy się zdrowsi (kryptoreklama i lokowanie produktu: polecony przez panią Choligrip extra do picia przebija wszystkie ferwexy, gripexy i inne dziadostwa i jest nawet smaczny :)), więc myjemy się oboje w 3 l wody (łącznie z włoskami). Wychodzi na to, że potrzeba matką wynalazku, a Skun jest bardzo ekonomicznym polewaczem głowy :D
Agatka w termicznych ciuchach na upalnej wiejącej plaży (tak zapobiegliwie) zbiera muszelki. Podchodzi babcia i po hiszpańsku mówi, gdzie są największe i daje właśnie taką jedną :)
W tym czasie Rafał przeżywa uniesienie, gdyż plaża jest wielka, a fale załamują się w specyficzny sposób. Pojękuje coś w stylu: "|Taaakie miejsce.... Gdzie mój skim...? Czemu nie mam skima...? Czemu jeszcze nie mam kita...?" itd. Agatka w sumie chętnie też by spróbowała, chociaż z drugiej strony paczy podejrzliwie na fale, bo fale wyglądają jak fale zmiatające małe babcie i Agatki - mają tak z 4-5 metrów wysokości. Na środku zatoki znajdują się wysepki, które jak przeczytaliśmy, są pomnikiem przyrody. Są dość daleko od brzegu, ale przez płycizny, rafy i dzięki specyficznemu ukształtowaniu można przejść na wyspy po dnie. Miejsce tak nam się podoba, że myślimy, że warto zebrać jakąś ekipę na tanie loty i śmignąć tam na skima na kilka dni. Zgłoszenia dla wszystkich chętnych na fejsie :)
Siedzimy sobie na falochronach i oglądamy coś co jest chyba meduzami (nasz instruktor nurkowania dnia poprzedniego przestrzegał, że ich teraz pełno i NIE DOTYKAĆ). Po za tym toy toyowa łazienka jest zamknięta więc trzeba sobie radzić.... :P
Pakujemy się i podbudowani wizją otwartej poczty i tego, że zaraz wyślemy paczkę zbieramy więcej muszelek. Docieramy na miejsce i dowiadujemy się, że paczki są droższe niż przypuszczaliśmy (2 kg - 22 E. 2 kg teraz to ważą już moje muszelki, 5kg 40 E...).
Więc rezygnujemy i stwierdzamy, że w sumie te plecaki nie są aż takie ciężkie :) Idziemy dalej z nadzieją na market, ale marketów brak więc bez wody idziemy na wylotówkę. Po drodze Rafał wynajduje kranik na plaży (wylotówki generalnie biegną wzdłuż plaży) i przynosi wodę w czapce :) Po chwili zatrzymuje się parka, ale chcą kasę za przejazd i mają narkotyczne zęby, więc ich olewamy :) To dobra decyzja, gdyż...
STOP 10. Carboneras -> Almeria (by Ford Focus combi)
... już po chwili zatrzymuje się pierwsza podczas tripu kobietka :) Pani to Marina, ma 40 lat, 2 dzieci z poprzedniego małżeństwa. Jest nauczycielką wychowania fizycznego i codziennie dojeżdża do Almerii do pracy. Opowiada, że kiedyś także trochę jeździła stopem i żałuje, że teraz mniej podróżuje. Dobrze mówi po angielsku. Opowiada o systemie edukacji w Hiszpanii i chce się nauczyć kilku słów po polsku. Żałuje, że nie widzieliśmy rezerwatu obok Carboneras. My także żałujemy, ale wiemy, że bez auta bardzo trudno byłoby się tam dostać (i jeszcze trudniej wydostać). Next time :)
Rozmawiamy o różnorodnych akcentach hiszpańskich. Marina mówi, że jej facet był z innego miasta (za górką) niż ona i że kiedy rozmawiał ze znajomymi - nie rozumiała go :P Kobietka wie co robi, bo wysadza nas w dobrym miejscu przed Almerią, gdzie krzyżują się autostrady. Polecamy jeszcze na koniec bloga family without borders. Żegnamy się, dajemy krówki dla Mariny i jej dzieciaków i łapiemy dalej :)
STOP 11. Almeria -> centrum niczego, czyli gdzieś koło Tabernas (by Renault Kangoo)
Dwie Hiszpanki (mama i córka), zatrzymują się pierwszy raz ever. Córka łamanym angielskim mówi, że nie jadą bezpośrednio do Granady, ale mogą nas podwieźć trochę bliżej. Agatka kombinuje, że może lepiej zostać w dobrym miejscu i złapać coś bezpośrednio, ale Rafał wskakuje. Trochę rozmawiamy, ale panie są speszone i pytają tylko o kilka rzeczy, nie opowiadając za bardzo o sobie. Wysadzają nas przed zjazdem na autostradzie w (ich zdaniem) dobrym miejscu. Schodzimy, bo na autostradzie nie da się nic złapać, w kierunku wjazdu na autostradę od strony miejscowości. Niestety w Tabernas chyba nikt nie mieszka :P.
Aut jest jak na lekarstwo, a jeśli są to jadą w większości w inną stronę. To nasze pierwsze czekanie trwające dłużej niż 10 min. Zdecydowanie dłużej. Wokół góry, bilboardy w stylu Dzikiego Zachodu (western i fort bravo). Gramy w bulle, rzucamy do celu, nie mamy wody i nam odbija :D
Agatka idzie obczaić, czy na autostradzie nie ma stacji, z której dałoby się łapać. Niestety nie ma. Skun wkręca, że tutaj jest to miejsce, w którym umówił się na wymianę Agatki na 3 i pół wielbłąda. Niestety Beduini go olewają. Liczymy do 10 przejeżdżających aut i w końcu decydujemy się napisać na drugiej stronie Almeria i wrócić w miejsce, ze którego panie zabrały nas kilka godzin temu :P W końcu zatrzymuje się...
STOP 12. centrum niczego -> Almeria again (by VW Caddy)
Sześciu Niemców, którzy wracają z pracy. Widzieli nas już kiedy jechali w tamtą stronę :P Dobrze mówią po angielsku. Są inżynierami i zajmują się instalowaniem systemów solarnych. Dziwimy się, że decydują się nas wziąć i tak na nielegalu wysadzić na "krzyżówce" autostrad na zakreskowanym polu martwym. W końcu to poukładani Niemcy :P Również wspominają o rezerwacie przy Carboneras.
Po chwili czekania na krzyżówce zatrzymuje się Hiszpan, ale nie mówi w ogóle po angielsku. Na Agatkowe "Hola! You go to Granada?" reaguje czymś w stylu "O o. <wyrażone słownie> Espanol! Espanol!" i machaniem rękami. Jest miły, ale nauczeni doświadczeniem stopu nr 11, dziękujemy mu :) Wyszło spoko, bo...
szczęśliwy STOP 13. Almeria -> Granada (by Seat Ibiza)
Dwie blondynki: Hiszpanka (kierowca, nie mówi po angielsku, ale jest otwarta i próbujemy rozmawiać anglo-hiszpańską mieszanką) i Niemka (mówi dobrze po angielsku, ale chwilami przysypia :P). Jadą do przyjaciółki w Granadzie pachnącym autkiem z kilkoma odświeżaczami, pluszakami i różowymi poduszkami na tylnym siedzeniu :) Mają zapchany bagażnik, więc sadowimy się z plecakami na tylnym siedzeniu i śmigamy autostradą. Hiszpanka mieszka z rodzicami, próbuje opowiadać o regionie i miejscach, które warto odwiedzić w Granadzie. Zazdrości tripa. Niemka opowiada o Erasmusie w Rumunii, mówi, że jej dziadkowie kiedyś mieszkali w Polsce. Podziwiamy z daleka Sierra Nevada (koniecznie trzeba wrócić) :) Chcą nas zawieść bezpośrednio pod adres, ale nie wiedzą, gdzie jest podana ulica, więc wysadzają nas w centrum :) I co najważniejsze w radiu poleciało to: (sasasassasa)
Dwie blondynki: Hiszpanka (kierowca, nie mówi po angielsku, ale jest otwarta i próbujemy rozmawiać anglo-hiszpańską mieszanką) i Niemka (mówi dobrze po angielsku, ale chwilami przysypia :P). Jadą do przyjaciółki w Granadzie pachnącym autkiem z kilkoma odświeżaczami, pluszakami i różowymi poduszkami na tylnym siedzeniu :) Mają zapchany bagażnik, więc sadowimy się z plecakami na tylnym siedzeniu i śmigamy autostradą. Hiszpanka mieszka z rodzicami, próbuje opowiadać o regionie i miejscach, które warto odwiedzić w Granadzie. Zazdrości tripa. Niemka opowiada o Erasmusie w Rumunii, mówi, że jej dziadkowie kiedyś mieszkali w Polsce. Podziwiamy z daleka Sierra Nevada (koniecznie trzeba wrócić) :) Chcą nas zawieść bezpośrednio pod adres, ale nie wiedzą, gdzie jest podana ulica, więc wysadzają nas w centrum :) I co najważniejsze w radiu poleciało to: (sasasassasa)
Kupujemy donaty (Hiszpanie na śniadanie bardzo często jedzą ciastka <ciasto francuskie> oblane czekoladą), sok i uzupełniamy zapas płynów. Zerkamy na mapę (no dobra: Rafał obczaja mapę <like allways>) i ruszamy na Carretera de Malaga :)
A'propos map <dygresja>. Przed wyjazdem Agatka usłyszała, że ma zostawić telefon z kilku powodów (bo to nie ten klimat, telefon nie przeżyje, a mapy w telefonie są dla lamerów). Na miejscu okazało się, że ściągnięte w telefonie mapy, są najlepsze na świecie (ze względu na możliwość zmiany skali i widok satelitarny). Przynajmniej dopóki nie padnie telefon ... :)
Docieramy na miejsce i mijamy w drzwiach Hiszpana, który idąc po piwo mówi nam "cześć" - jesteśmy w dobrym miejscu :) Trafiliśmy do Karoliny, przyjaciółki Agatki z gimnazjum ("siedlisko patoli" według Rafała) i liceum( drugie "siedlisko" :P - o tym akurat Rafał może coś tam wiedzieć, o ile pamięta. Dziad marny :D Bo Agatka nie ma pojęcia bo była kujonem :P), która jest w Granadzie na Erasmusie :) Witamy się, poznajemy się, dostajemy rosołek, sałatkę, bagietę z oliwą i świetne guacamole Carlosa, pijemy piwo i babskie wino, popularne wśród Hiszpanek na imprezach (naprawdę zacne według Agatki). Rozmawiamy o życiu i śmierci. Wraca drugi współlokator Manuel.
Spanko: pokoik u Karoli, Carlosa i Manuela w Granadzie :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz