O poranku Skun zerwał się jeszcze przed wschodem słońca, budząc wszystkich dokoła odpinaniem zamka i wypełzaniem z namiotu. Po tym dziwnym i dzikim budziku Agatka spała sobie smacznie dalej, a Skun zaczął eksplorować otoczenie. Piękny klif, do którego mieliśmy może 50m od namiotu, fajne skałki, o które rozbijały się fale - jakieś 5m od namiotu, czy wreszcie opuszczony dom na wzgórzu.
O ile skały, fale, morskie zwierzątka i roślinki już wcześniej mieliśmy okazje poznać, to dom okazał się największym magnesem. Budynek umiejscowiony na klifie znajdującym się nad samym morzem, z basenem, ogromnym (już niestety zaniedbanym) ogrodem, basenem, pięknym tarasem i całkowicie zdewastowanym wnętrzem oraz ścianami pokrytymi graffiti. Zastanawiamy się jaka może być historia tego domu, Skun wysuwa tezę, że mieszkał tam gangster, który okradał i mordował ludzi. Ten gangster (w teorii Skuna) umarł albo siedzi za kratkami i ludzie w ramach zemsty zaczęli niszczyć jego majątek. Jak się później okazało (podczas rozmowy z jednym z kierowców) dom należał do bogatej brytyjskiej rodziny, nie posiadającej potomków. Kiedy umarli, dom odkupił marynarz, który bardzo często pływał w rejsy (jak to marynarze mają w zwyczaju :P) i stwierdził, że go nie potrzebuje. Sprzedał go zatem jakiejś dużej firmie, która zupełnie nie interesowała się nieruchomością, a jest dla niej tylko lokatą kapitału jeżeli chodzi o ziemię. I tak od ponad 60 lat ten pięknie położony dom niszczeje. Choć z Agatką stwierdziliśmy, że gdyby znajdował się w Polsce to po 60-u latach nie została by z niego nawet cegła :)
Później Skun zaczął układać nam przed namiotem ścieżkę z kamieni i dziedziniec by można nie utaplaną w piachu stopą dostać się do naszego Grand Hotelu :) W ramach oszczędności w "wykończeniówce" została użyta decha ze starej łodzi rybackiej, która nadawała całości lekko folklorystyczny klimat.
Około południa Agatka zaczęła kaszleć, prychać, smarkać, jękać, opadać z sił, wyć do księżyca... :) taaadam dopadło nas przeziębienie! Powiało grozą, co to będzie? Jak żyć? Jaaaak? :) Tak czy inaczej trzeba było wziąć się w garść i iść dalej (smarkając w zapachowy papier z flamingami) :).
Wydostaliśmy się na drogę prowadzącą do Carboneras, problem polegał jednak na tym, że owa droga rozdwajała się, roztrajała itd :P i dokładając do tego coraz mniejszy ruch nie wiedzieliśmy, czy odpuścić sobie wybrzeże i pojechać do Almeria, czy też próbować dostać się tam gdzie chcemy. Początkowo "tam gdzie chcemy" była to miejscowość El Flamingo jednak koniec końców padło na wspomniane Carboneras.
Agatka podjęła męską niczym sam David Beckham decyzję - próbujemy wybrzeżem :)
Wyszliśmy za miejscowość Calarreona i naszym oczom ukazał krajobraz niczym baaaardzo dziki zachód :), temperatura i obecność (lub raczej nieobecność) aut idealnie się z nim komponowały. Jednak w sumie długo nie czekaliśmy na pierwszego stopa, zanim jednak go złapaliśmy minęła nas "uroczo" roześmiana para starszych Niemców w swoim "uroczo" klimatyzowanym wielkim, wygodnym kamperze.
STOP 6. Calarreona -> Le Calon (ukochany Agatki VW Golf V)
Bardzo sympatyczny pan w średnim wieku, zajmujący się sprzedażą nieruchomości oraz ziemi pod uprawy. Opowiada nam historie wspomnianego domu na klifie. Pan jest na tyle miły, że podwozi nas do miejscowości dalej niż sam mieszka. Trzeba zaznaczyć, że mówi biegle po angielsku, co w Hiszpanii wcale, ale to wcale nie jest normą :) Wysadza nas na rondzie w Le Calon. Miejscowość jest małą, przyklejoną do wysokich, spalonych słońcem gór wioską :)
Siedząc na rondzie rozmawiamy o życiu i śmierci wypatrując aut wyjeżdżających zza wzgórza ( a tych było jak na lekarstwo. Samochodów - nie wzgórz :P), mija nas nie kto inny jak jeszcze bardziej "uroczo" roześmiana para z kampera.
STOP 7. Le Calon -> Vera Playa (Opel Zafira)
Tym razem trafia nam się gość wyglądający jak połączenie Don Vito Corleone, ze Stachurskim. Pan jest bardzo miły, ale ni w ząb po angielsku nie mówi, za to zaskakująco zrozumiale mówi po hiszpańsku do tego stopnia, że Skun w pewnym momencie (po hiszpańsku prawie ni w ząb:P) rozmawia z nim o polskim tenisie, naszej podróży, otaczających krajobrazach itd :) Facet przy każdym nowym temacie szturcha łokciem Skuna (który siedzi z przodu), by przypadkiem nie przegapił nic z rozmowy :) Prosi też byśmy wszyscy zapieli pasy bo boi się policji i mandatu (800E) za niezapięte pasy. Dojeżdzając do Vera Playa mówi, by nie rozbijać się w lesie przy plaży bo tam jest mafia i jak tylko się tam rozbijemy to Skuna zabiją, a Agatke... ( i tu wymowne gest czołem). Wysadza nas na stacji benzynowej, macha potężną ręką z tatuażem i odjeżdża on i jego opel z fotelikami dla dzieci :)
My natomiast udajemy się dalej wzdłuż drogi, trochę próbujemy łapać stopa, ale wszędzie miejsca nie takie, poza tym słońce nisko i świeci nam w plecy oślepiając tym samym kierowców. Ale tak czy inaczej chcemy jak najdalej od "leśnej mafii" :) Mijamy też plażę nudystów, a właściwie znak do niej prowadzących i już myślimy, gdzie się rozbijemy jak nic nie złapiemy :P
STOP 8. Vera Playa -> Garrucha (Opel Zafira)
Zatrzymuje się miły sympatyczny Pan, cały uśmiechnięty. Z głośników przeboje w stylu Boney M i od razu poprawia nam się nastrój :) Kierowca jest Litwinem, pracuje 4 miesiące w roku w Hiszpanii. Gdy dowiaduje się, że jesteśmy polakami pierwsze pytanie to "gawarisz po rusku?" no niestety my nie "gawarisz" :), a Pan za bardzo nie "spik inglisz" :P Ale wbrew pozorom nie przeszkadza to komunikacji :) Bardzo podoba mu się pomysł na nasz trip. Podrzuca nas na stację benzynową za miastem i żegnamy się w zachodzącym już słoneczku.
STOP 9 . Garrucha -> Mojacar -> dom kierowcy -> Carboneras (Opel Astra)
Zatrzymuje się młoda parka, on opalony Hiszpan wyglądający jak rodem z Jamajki, ona Belgijka.(coś a'la Courtney Love:P). Podsufitka już dawno musiała opaść, dlatego też była zawiązana na supły na "cykrołapkach", wszędzie sierść, przednie fotele mają pokrowce z ręczników, na stałe przebitych zagłówkami :) Mówią, że mogą nas podwieźć tylko do następnej miejscowości jednak jak się później okaże to był tylko plan, który szybko uległ zmianie (na naszą korzyść :P). W Mojacar odbieramy z nimi od weterynarza psiaka belgijki i kota. Następnie parka odpala jointa i jedziemy do apteki, tam Skun kupuje w aptece coś na poparzenie od glonów na dłoniach (dzięki wiedzy kierowcy który jest instruktorem nurkowania, ale o tym za moment :P). On kupuje coś dla swojej mamy i jedziemy dalej, poznajemy historię ich znajomości. On instruktor nurkowania, ona kursantka. Została po kursie 3 miesiące i stali się parą :). Radośnie śmieją się z przejeżdżającej obok policji, gdzieś w trakcie między opowiadaniem jak to było u nich, a opowieścią o naszym tripie Miguel proponuje byśmy wpadli do jego domu, który sam wybudował w górach. No to wpadamy, zostawiamy psiaka i kocura, proponują nam coś do picia (i nie tylko :D) i jedziemy dalej :) A jedziemy dlatego, że Miguel stwierdził, że nas podrzuci do Carboneras, choć to jakieś 20km dalej przez góry, ale co tam :) Znajdujemy meeeega miejsce do zjazdu na longboardzie, plażę, na która po zakupach w supermarkecie w Carboneras chce nas podrzucić, opowiada o wieży widokowej, w której można spać (ehe wejście w nocy na Mt. Everest z plecakami to jest to czego nam trzeba :P), ale koniec końców wysadzają nas przed marketem, jeszcze tylko wspólna fotka i się żegnamy.
Agatka idzie po coś na kolację, Skun pilnuje plecaków. Dosyć mocno wieje, a my zasmarkani więc jest nam trochę chłodno. Wlepiamy vlepe na auto Miguela i idziemy na plaże, bardzo ładną, ale i spokojną. Jemy kolację na murku przy plaży. Skun już bez plecaka idzie poszukać dogodnego miejsca do spania. Mamy następujące opcje: spanie pod odwróconą łodzią na plaży, spanie pod palmą w kwietniku na plaży (tak kwietniku na plaży :P), lub na najszerszym możliwym kawałku miejskiej plaży zaraz obok falochronu :) Wybieramy to trzecie bo chcemy trochę dłużej pospać, a pierwsze dwie opcje wiązały by się raczej z wczesną pobudką:) Rozbijamy namiot na plaży....przepraszam na największym składowisku żwirku na trasie Polska - Kongo :). Przykładowo by wbić jako tako śledzia (jest duży wiatr:P) trzeba wykopać 30 metrowy dół, który to się obsypuje non stop :) W końcu udaje nam się rozbić, robimy sobie lekarstewko na kuchence turystycznej i idziemy lulu. Śpi się tej nocy wybornie.
Spanko: plaża publiczna w Carbonerras.
a gdzie fota papieru w flamingi ? hę ? ^^
OdpowiedzUsuńjak się znajdzie nie zużyty kawałek to będzie ;P
OdpowiedzUsuń