sobota, 12 października 2013

Cartagena-Puerto de Mazarron (DZIEŃ 4)


Rano Rafał pofatygował się do fontanny po wodę w celu umycia się (i mnie) :P . W Hiszpanii woda z prawie każdej fontanny nadaje się do picia (co naprawdę ratuje życie w porze upalnej sjesty, kiedy sklepy są zamknięte, czyli codziennie między 13, a 16.30 mocno mniej więcej). Udało nam się umyć w 4 l wody :P. Połowa tripowców dalej nie wie jak to możliwe :P. 
Stwierdziliśmy, że musimy przepakować plecaki i wysłać trochę rzeczy (i muszelek, które u Agatki już trochę ważą) do Pl. Poniżej widać, komu lepiej szła selekcja...










I kto się w tym czasie nudził (buju na lnianie).

3 dni później... 
Nie no żartuję. Po jakichś 2 godzinach udaliśmy się do informacji turystycznej, w celu wciśnięcia jakiejś miłej pani naszych plecaków (aby spokojnie zwiedzić Cartagenę) i telefonu do ładowania. Dowiedzieliśmy się, gdzie jest poczta i z wyselekcjonowanymi rzeczami ruszyliśmy w tamtym kierunku. Poczta była oczywiście zamknięta (spóźniliśmy się 15 min). Rafałowi podoba się system pracy: kilka godzin rano, sjesta, kilka godzin po południu, fjesta, spanko i tak w kółko. Agatki ułożony system życia tego nie rozumie i nie przyjmuje do wiadomości. Ale kiedy spytaliśmy o to Raphaela (poprzedni stop), to z oburzeniem odpowiedział, że oni nie mają sjesty tylko rest. Nic nie rozumiem. Przecież nie pracują :P. Po za tym poczta była czynna tylko przed sjestą, a potem już nie. Poniekąd logiczne jest natomiast to, że w czasie przerwy w pracy, sklepy są zamknięte. Dzięki temu w tym czasie wszyscy siedzą w restauracjach, barach, chińczykach and so on wcinając tapas i wspierając lokalnych biznesmenów :)






Wracając do tematu Carageny: naprawdę warto zobaczyć. Wiele polskich miast mogłoby się wiele nauczyć w kwestii łączenia zabytków z nowoczesną architekturą. Do tego port, ryby w marinie, dyskusje nt. projektu, który mógłby się tu sprawdzić (tajemnica :P) no i darmowe (albo prawie darmowe) tapas do piwa (piwo w takich mniejszych porcjach bardzo nam się podoba).
















 Wysłaliśmy pierwsze kartki (wait for it :) ) i ruszyliśmy po plecaki. Lekko sfrustrowani spakowaliśmy rzeczy, których chcieliśmy się pozbyć z powrotem do plecaków, pożegnaliśmy się z domem pod baobabem, odwiedziliśmy market i ruszyliśmy w kierunku drogi wyjazdowej z miasta.
















STOP 4. Cartagena -> Puerto de Mazarron (by Opel Astra) 
[do aut trzeba podobno podejść z szacunkiem i pisać ich nazwy z dużych liter. no cóż... wszystko trzeba poprawić :P]

Czekamy trochę dłużej (ale i tak krótko :P) i Rafał zaczyna rzucać klątwy na niezatrzymujących się ("zrudziejesz!"/ "do końca życia będziesz jeździć tym golfem" :P). Zatrzymuje się dwóch młodych chłopaków pochodzących z Gruzji. Kierowca przeprowadził się do Hiszpanii z rodzicami i zajmuje się dystrybuowaniem coli :) Niestety słabo mówią po angielsku (z dotychczasowych obserwacji wynika, że pokolenie naszych rodziców radzi sobie całkiem nieźle. Młodzi natomiast - albo mówią bardzo dobrze [baaardzo rzadko], albo nie mówią wcale. Nie dotyczy to niestety tylko angielskiego. Próbowaliśmy także po niemiecku i po francusku, który podobno mają w szkole - ciiisza). Chłopaki obwożą nas po mieście, którego niestety nie zwiedziliśmy, ale wyglądało naprawdę malowniczo - wąskie uliczki, plaża i baardzo duży, ale zgodny i szanujący się nawzajem mix kulturowy (cyganie, muzułmanie, afroamerykanie). Naprawdę mega.  Z 6 razy mijamy grupę emerytów francuzów z kilkoma hartami. Muzułmańska dzidzia chciała nam zabrać wodę, ale tata w bucikach niczym z bajki o alladynie i żonka w burce szybko je zgarneli :P

Decydujemy się wyjść za miasto rozbić się na plaży pomiędzy klifami, którą mniej więcej widzieliśmy z samochodu. Wychodzimy promenadą przy plaży. Kontynuujemy tym, co dopiero promenadą się stanie. Jest ciemno więc praktycznie nie wiemy, gdzie będziemy spać. Agatka widzi jakichś ludzi, ale tam nikogo nie ma :P

Spanko: Playa Negro przy Puerto de Mazarron (pod znakiem "no camp").

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz