niedziela, 13 października 2013

Granada (DZIEŃ 10)

Leniwy poranek po Fiesta Polaco wstaliśmy dość późno i zjedliśmy z Karolą i Carlosem płatki ze Skunowego dzieciństwa (ryżowe czekoladowe- nie ma lepszych!) , których podobno już nie ma w Polsce. Budzik Manuela budził wszystkich, ale nie jego (Kim jest tajemniczy Manuel wyłaniający się z czeluści pokoju, to współlokator Karoli i Carlos, mega sympatyczny gość, niestety słabo dosyć mówiący po angielsku :P)








 Ustalamy plany na dziś i odpuszczamy pomysł z wynajęciem auta lub skutera (35E za dzień + paliwo) i zwiedzeniem Sierra Nevada :( Uzupełniamy bloga, a pozbawiona komputera Karolina (bardzo dziękujemy :):*) ćwiczy salsę z Carlosem :) Carlos zapisuje w naszym dzienniku przepis na swoje Guacamole :)



W czwórkę idziemy do miasta (sporu ciąg dalszy :P [poprzedni post]). Miejscowi znający tutejsze zakamarki i ukryte w nich knajpy zabierają nas na piwo i sprawdzone tanie tapas. Carlos wybiera dla wszystkich. Jemy kalmary, tosty, ziemniory, do tego wypijamy w sumie 10 piw :P






Zmierzamy w stronę dzielnicy cygańskiej. Jemy opuncję. Skun wdrapuje się po ścianie by zdobyć dojrzałą sztukę, a Karolina wbija sobie kolce w place :)  Zagapieni biegniemy w stronę Alhambry, ale trochę się spóźniamy na zachód słońca. Mimo to - warto było przyjść. Dziedziniec jest pełen ludzi i straganów z ręcznymi wyrobami. Agatka mówi, że "spoko, ale pan Emil nie był by dumny (pan Emil to postać kultowa - boss pracowni biżuterii u nas na uczelni:P)






























Schodzimy w dół wąskimi na ok 75cm uliczkami, z uroczo świecącymi latarniami :) Ahh te rymy :) Karola i Carlos wychodzą wieczorem, wiec wracają do domu i zostawiają nas przy miejscu, gdzie rzeka chowa się pod miejskim placem. Miejsce pełne turystów, baa pełne to mało powiedziane.









 Pomału wracamy w stronę miasta. Robimy zdjęcia z długim czasem naświetlania by oddać jaki ruch panuje na ulicy o tej porze, czym wzbudzamy zainteresowanie znacznej części przechodniów :) Kupujemy lokalne specjały: donuta w czekoladzie i pionono , klej do sandała i dziwny napój. Mijamy jadłodajnie dla bezdomnych :P Pachnie ładnie więc rozważamy czy się nie dołączyć :P.


Gdy wracamy do domku okazuje się, że wszyscy wychodzą. Zabieramy się zatem za uzupełnianie tegoż oto bloga , jemy pyszne jedzonko, które zostawił dla nas Carlos. (mięsko w cieście francuskim zapiekane z szynką i serem), potem trochę rozmów o życiu i śmierci vol. 34324 i idziemy lulu, dobranoc :)

1 komentarz: